TELEWIZYJNY KURS KURSZCZYZNY

Do Rady Programowej gdańskiego oddziału Telewizji Polskiej  rekomendowany zostałem w grudniu 2016 roku jako prezes zarządu gdańskiego oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, wybrany na to stanowisko w demokratycznych wyborach osiem miesięcy wcześniej. Trudno zatem o mocniejszy mandat do objęcia funkcji w gremium weryfikującym programową stronę działalności lokalnego ośrodka telewizji publicznej.

Mimo to, nie deprecjonowałem żadnej z pozostałych czternastu – ostatecznie zatwierdzonych – kandydatur. Więcej, nie podjąłem jakichkolwiek działań nawet w celu zasadnego zakwestionowania wyboru do tej samej rady drugiego członka gdańskiego oddziału KSD, Bogusława Olszonowicza. A został on wytypowany nie przez nasze środowisko lecz przez zarząd główny KSD, działający nielegalnie i – co trzeba podkreślić – ze znaczącym udziałem w tym szemranym procederze samego zainteresowanego. Mimo to, sądziłem, że w dwójkę będzie nam łatwiej przeforsować inicjatywy mające na celu choćby przestrzeganie elementarnej chrześcijańskiej uczciwości (ósme: „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”) przez szefostwo i dziennikarzy TVP Gdańsk.

Rychło okazało się, że byłem w wielkim błędzie, bowiem sam Olszonowicz aktywnie włączył się do prowokacji mającej na celu zmuszenie mnie do rezygnacji z członkostwa w Radzie. Kluczową rolę w tej akcji odegrała jednak niejaka Joanna Strzemieczna-Rozen, obecna dyrektor gdańskiego ośrodka TVP.

Joanna Strzemieczna-Rozen, zwana „Podkurską” zdaje się w lot odgadywać polityczne oczekiwania swojego szefa z gmachu przy Woronicza

To wyjątkowo interesujący przypadek kariery medialnej. Z racji niegdysiejszej pracy w charakterze sekretarki Lecha Wałęsy nazwana została przez złośliwych dziennikarzy „kapciową kapusia”. Trzeba przyznać, że pozostała wierna swojemu pryncypałowi nawet wówczas, gdy tylko skończony dureń mógł powątpiewać w jego agenturalną przeszłość. Szefową TVP3 Gdańsk J. Strzemieczna była już w latach 2006-2009. Z tamtego okresu kontrolerzy NIK wypomnieli jej wiele nieprawidłowości finansowych, w tym taki „drobiazg” jak 1000 zł wyasygnowane z funduszu reprezentacyjnego na prezent w postaci zegarka dla „Wielkiego Elektryka” plus prawie 300 zł na łańcuszek dla jego żony Danuty. W tym samym okresie – i to jest przykład osobliwej schizofrenii – telewizja nadzorowana przez eks-sekretarkę podczas okazjonalnych relacji skrupulatnie zasłaniała tę część logo gdańskiego lotniska na której widniało nazwisko eks-prezydenta.

Za drugich, czyli obecnych rządów PiS-u Strzemieczna-Rozen zyskała ksywę „Podkurskiej”, czego w żadnym wypadku nie należy kojarzyć erotycznie lecz jak najbardziej merytorycznie; nowa dyrektor TVP3 Gdańsk zdaje się w lot odczytywać wszystkie polityczne oczekiwania swojego szefa, Jacka Kurskiego. Efekty widać po zawartości programów informacyjnych i publicystycznych wybrzeżowej telewizji. Mówiąc krótko – iście bolszewickie gnojowisko.

„Podkurska” wie dobrze, że ja to wiem toteż zrobiła wiele, aby wykluczyć mnie ze składu Rady Programowej. Nie udało się, więc może z mojej strony oczekiwać wszystkiego najgorszego. Także przed sądem za naruszenie dóbr osobistych. Spodziewam się kilkuletniej batalii lecz poczekam cierpliwie. Jest bowiem nadzieja, że Strzemieczna-Rozen straci obecną posadę i orzeczone prawomocnym wyrokiem nawiązki oraz odszkodowania zapłaci nie z naszego, telewidzów,  abonamentu lecz z własnej torebki.

SAMI SWOI

Do rzeczy, czyli do Rady Programowej TVP Gdańsk. Jej skład oceniam jako wzorcowe, a raczej POPiS-owe rozdanie z kilkoma przystawkami – albo nic nie znaczącymi, albo łatwymi do „oswojenia”. O przywiezionym w teczce z Warszawy Bogusławie Olszonowiczu już wspominałem. Pewne nadzieje wiązałem z Januszem Wikowskim, rekomendowanym do Rady przez oddział gdański Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, gdzie ww. pełni funkcję wiceprezesa. Wprawdzie Wikowski ma w swojej biografii funkcję redaktora naczelnego „Dziennika Bałtyckiego” z okresu, gdy ten tytuł był w już rękach niemieckich (2000-2002), a ja mam bardzo ograniczone zaufanie do ludzi, którzy cieszą się zaufaniem Niemców lecz uznałem, że po pierwsze – każdemu zdarza się błądzić, po drugie – skoro zyskał rekomendację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich to znaczy, że o polskie racje w polskiej telewizji publicznej też powalczy.

Powodowany powyższym przeświadczeniem podczas sierpniowego  posiedzenia Rady zgłosiłem J. Wikowskiego jako kandydata na jej przewodniczącego. Ze względów formalnych (równa liczba głosów z konkurentką) głosowanie zostało przełożone na wrzesień br. Drugi raz Wikowskiego już nie zgłaszałem. Powód? Dowiedziałem się, że aktualny wiceprezes zarządu oddziału gdańskiego SDP dostał robotę w…  Biurze Prasowym Grupy Energa S.A., kontrolowanej przez PiS-owców nie gorzej niż TVP.  Ręce opadają….

Nie pozostało mi nic innego, jak śledzić dalszy bieg wydarzeń w sposób bierny, czyli bez oddania głosu na któregokolwiek z kandydatów. Przewodniczącym Rady został B. Olszonowicz (nazwisko i czyny już znane czytelnikom), a jego zastępcami Piotr Gierszewski – radny Gdańska z ramienia PiS oraz Wojciech Książek – działacz NSZZ „Solidarność”. Przynajmniej mogą liczyć na życzliwość i wsparcie „Podkurskiej” – pomyślałem, z optymizmem oczekując następnego posiedzenia Rady.

I znowu srogi zawód. Listopadowe – już piąte – posiedzenie Rady to kolejny „pusty przebieg”. J. Strzemieczna-Rozen nie zapewniła regulaminowego protokołowania zebrania przez pracownicę (pracownika) TVP Gdańsk. Nie udostępniła również nagrania programu „Wywiadówka”, który miał być oceniany przez członków Rady. O „pochyleniu się” nad propozycją niżej podpisanego dotyczącą oceny lipcowej informacji w gdańskiej „Panoramie” na temat przeszłości marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka (akurat ponad dziesięciokrotnie krótszej od wspomnianej „Wywiadówki”) nie można było nawet pomarzyć.

Mówiąc krótko – podwładna J. Kurskiego swoich również ma za nic. A raczej ma ich za nic tym bardziej. Pozostaje zatem moja praca  solowa, motywowana potrzebą realizacji obowiązku wynikającego z racji pełnionej funkcji i – czego nie lekceważę – wynagrodzenia. Za każde posiedzenie Rady otrzymuję bowiem – podobnie jak każdy jej członek – 338 złotych „na rękę” (przewodniczący znacznie więcej). Wprawdzie całą tę kwotę przeznaczam na cele katolickie, czyli jak najbardziej zbożne lecz każda zapłata – bez względu na jej przeznaczenie – wymaga zadośćuczynienia.

TELE-GONIEC REALIZUJE PROGRAM

W ramach pracy domowej postawiłem konsekwentnie na materiał, który zgłosiłem po raz pierwszy na forum Rady we wrześniu br. Poniżej jego tzw. metryczka:
Tytuł: „PRZESZŁOŚĆ MARSZAŁKA STRUKA”
Data i miejsce emisji: 5 lipca 2017 godz. 18.30, „Panorama”
Czas: 3’53”
Autor: Łukasz Sitek

Bohaterem materiału jest Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego od 2010 roku i działacz Platformy Obywatelskiej od 2001 roku. Dla mnie – ani brat, ani swat. Negatywnie odbieraną przez niżej podpisanego POPiS-ową przynależność M. Struka osłabiają nieco okoliczności w jakich poznałem go bezpośrednio. W czerwcu 2013 roku uczestniczyłem w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod Olivia Four – czwartego budynku Olivia Business Centre, największego kompleksu biznesowego i biurowego w Polsce północnej, realizowanego przez Macieja Grabskiego. Jednym z VIP-ów ceremonii był marszałek województwa pomorskiego. W swoim wystąpieniu przypomniał o liczbie 2,5 mln Polaków, głównie ludzi młodych, którzy opuścili nasz kraj w poszukiwaniu pracy. Dzięki rodzimym przedsiębiorcom pokroju Macieja Grabskiego – powiedział – jest szansa jeśli nie na powrót emigrantów wbrew własnej woli, to przynajmniej na wyhamowanie skali tego niepokojącego zjawiska. Jakże odmienny głos od bełkotu ówczesnego szefa PO, Donalda Tuska, aktualnie strażnika żyrandola w Brukseli za wstawiennictwem niejakiej Angeli Merkel, wybitnej eks-funkcjonariuszki (m.in. sekretarz ds. informacji i propagandy) FDJ czyli Freie Deutsche Jugend, NRD-owskiego odpowiednika Hitlerjugend. Tenże Tusk w tym samym, 2013 roku, publicznie i wielokrotnie chełpił się wykopaniem paru milionów Polaków z ich ojczyzny do pracy na obczyźnie. Wypowiedź Struka nie zabrzmiała zatem zgodnie z poglądami wodza PO i już to nakazywało sytuować przyzwoitość marszałka powyżej średniej dla jego partii.

Cóż zatem nagannego w biografii M. Struka odkrył red. Sitek znany jako telewizyjny goniec, specjalizujący się w ściganiu z mikrofonem w ręku politycznych przeciwników PiS po korytarzach oraz trotuarach? Oglądałem jego „dzieło” wielokrotnie i udało mi się znaleźć dwa powody. Pierwszy to fakt, że obecny marszałek Pomorskiego w czasach słusznie minionych (lata 1988 – 1990) był naczelnikiem Jastarni powołanym – z rekomendacji władz PZPR – przez ówczesnego wojewodę gdańskiego, gen. Mieczysława Cygana. Jakaż  to jednak sensacja, gdy można ją poznać dzięki lekturze setek internetowych portali, na czele z Wikipedią? Co ciekawe, to samo medium informuje, iż M. Struk został przez mieszkańców Jastarni „znienawidzony” wystarczająco mocno, aby powierzyli mu funkcję już nie naczelnika lecz burmistrza na trzy kolejne kadencje w czasach obecnych, jedynie słusznych (1990 – 2002). Gwoli ścisłości – Jastarnia liczy niespełna 3 tys. mieszkańców. Daj nam Panie Boże, POPiS-owców z tak silnym poparciem w środowiskach, gdzie wszyscy znają się wystarczająco dobrze, aby oddzielić ziarno od plew.

Drugi powód ataku na M. Struka w telewizji publicznej dotyczy niesłychanej „afery mieszkaniowej”. Otóż ówczesny naczelnik Jastarni upominał się u wojewody Cygana o zamianę jednopokojowego mieszkania na większe, choć też nie za bardzo, bo raptem dwupokojowe… Zaprawdę, nie nadążam za procesem myślowym dzisiejszych dziennikarzy pokroju przy Ł. Sitka. Jeśli ów tele-goniec przykłada korupcyjną miarkę do „przekrętu” na miarę lokalu kategorii M-3, to czy wystarczy mu tego samego przyrządu do określenia skali choćby takiej afery jak przejęcie przez byłe lecz zawsze kacze Porozumienie Centrum znacznej – liczonej w setkach milionów złotych – części majątku po dawnej RSW „Prasa-Książka-Ruch”?

Jestem przekonany, że Ł. Sitek i jego dysponenci zdawali sobie sprawę z miałkości zarzutów wobec marszałka Struka. Stąd zapewne ich obudowanie manipulacyjnymi trickami godnymi Josepha Goebbelsa. Pierwszy z nich to przekaz podprogowy. Skoro M. Struk występował do M. Cygana o większe mieszkanie, a tenże przed objęciem stanowiska wojewody był jednym z wojskowych realizatorów stanu wojennego, to zapewne aż prosiło się o tzw. przebitki z czołgami, śmigłowcami i posterunkami wojskowymi na drogach.

W stosunkowo krótkim materiale pojawiły się dwa tego rodzaju czarno-białe, ponure w swojej wymowie, filmiki. Łącznie zajęły niespełna 20  sekund. Wystarczająco dużo, aby zadziałać na podświadomość „ciemnego ludu, który wszystko kupi”,  tak hołubionego przez aktualnego prezesa TVP.  Nie wykluczam kojarzenia M. Struka przez mniej bystrych widzów z osobnikiem, który rozpętał stan wojenny, albo przynajmniej wjechał na stołek naczelnika Jastarni w roli dowódcy  czołgu, wspieranego na dodatek z powietrza przez śmigłowiec Marynarki Wojennej z pobliskiego Helu.

Druga z zastosowanych manipulacji to wykorzystanie starannie dobranych rozmówców, przedstawionych przez prezenterkę jako działacze SLD i PiS zarzucający marszałkowi województwa pomorskiego komunistyczną przeszłość. Partię aktualnie przewodnią reprezentował przed kamerą gdańskiej TVP niejaki Kazimierz Koralewski, szef klubu PiS w Radzie Miasta Gdańska.

Koralewski do biografii M. Struka odnosi się z rozbrajającą szczerością twierdząc, że – cytuję – „nomenklatura partyjna działała JUŻ (podkreślenie moje – H. Jez.) w latach komunizmu”.  Dopowiadając – zatem działa również teraz…

Co ważne, wymownym przykładem na potwierdzenie powyższej tezy jest sam K. Koralewski. Radny PiS legitymuje się tylko wykształceniem średnim i z tego powodu nie ma formalnych uprawnień do zasiadania w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa funkcjonujących w Polsce. Od czego są jednak partyjni koledzy. Co jest niemożliwe tutaj, można zrealizować za granicą, np. w Czechach. Koralewskiego zrobiono członkiem rady nadzorczej firmy AWT Rosco w Ostrawie, należącej do grupy PKP Cargo. Tę zaś kontroluje Skarb Państwa, a konkretnie resort  infrastruktury i budownictwa, gdzie wiceministrem jest Kazimierz Smoliński, pomorski poseł PiS z Tczewa… Efekt? 18 tysięcy złotych  dla K. Koralewskiego za osiem wyjazdów do pięknej Ostrawy tylko w 2016 roku. Wychodzi równe 2.250 zł za posiedzenie. A ja tu się intelektualnie męczę – w dodatku nie dla siebie lecz dla zbożnego celu – za skromne 338 zł.

I jeszcze coś dla dopełnienia obrazu szefa radnych PiS w Gdańsku jako Janosika walczącego z nomenklaturowymi przywilejami; z jego oświadczenia majątkowego wynika, że w tym samym, 2016 roku zarobił dodatkowo 84 tysiące złotych jako doradca wojewody pomorskiego Dariusza Drelicha, czyli równe 7.000 zł miesięcznie.

Znacznie większą trudność sprawia określenie w recenzowanym materiale roli niejakiego Marka Formeli. Formalnie powinno się go kojarzyć z zapowiedzianym na wstępie programu Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Sęk jednak w tym, że podczas każdej z dwóch wypowiedzi do kamery opisywany jest (patrz zdjęcie poniżej) jako… redaktor naczelny i wydawca „Gazety Gdańskiej”. Pytanie, czy mógłby występować jako przedstawiciel SLD? Jak najbardziej. Na internetowej stronie tej organizacji w dziale PROFIL POLITYKA  Formelę określono bowiem dosłownie tak: „Zasłużony członek SLD. W latach ubiegłych przewodniczący SLD w Gdańsku”. Czyli dwa w jednym; polityk i dziennikarz. Analogia z policjantem, który robi także za złodzieja nasuwa się sama. Zwłaszcza, że akurat w wypadku tej osoby odniesienie do złodziejstwa nie jest pozbawione podstaw, o czym później.

Marek Formela to z wykształcenia mgr geografii po UG, natomiast z uprawianej działalności – komunistyczny agitator, grabarz niemal wszystkiego czego dotknął i geszefciarz skazany prawomocnym wyrokiem w aferze „Stella Maris”. Pytanie; jak długo PiS-owskie wsparcie (finansowego nie wyłączając) zapewni mu całkowitą bezkarność w oczernianiu politycznych przeciwników J. Kurskiego?

Były aparatczyk SLD i redaktor „GG” charakteryzując M. Struka nie przebiera w słowach. Padają określenia w rodzaju „młody komunista”, „przedstawiciel reżimu komunistycznego w Jastarni”… Nawiązuje również do występu  marszałka w grupie wybrzeżowych polityków ciągnących samolot linii OLT Express związanej kapitałowo ze słynnym przedsiębiorstwem (a raczej przekrętem) finansowym o nazwie Amber Gold. Oto stosowny komentarz Formeli; „To jest krzepki mężczyzna, absolwent AWF, bodajże turystyki, więc ciągnięcie samolotu było zgodne z jego wykształceniem”… Zaprawdę, dowcip wysokich lotów.

Podczas analizy tele-agitki firmowanej przez tele-gońca nie sposób nie zauważyć szczególnej roli, jaką powierzono M. Formeli. W stosunkowo krótkim materiale wygłasza on dwie antystrukowe kwestie o łącznym czasie przekraczającym pół minuty, dokładnie 38 sekund. To znacznie więcej niż dano reprezentantowi PiS, jakby nie patrzeć partii będącej dysponentem TVP i dokładnie tyle samo, ile liczyły dwie wypowiedzi opluwanego bohatera programu, czyli marszałka województwa pomorskiego.

FORMELA DO ZADAŃ SPECJALNYCH

Co ważne, zasłużony członek SLD i były przewodniczący tej partii w Gdańsku wyjątkowo często gości w PiS-owskiej telewizji, głównie w jej wersji regionalnej. Bywa także zapraszany do programów ogólnopolskich. W niemal wszystkich występach robi za skuteczne, by nie rzec tępe, narzędzie do rozgrywania POPiS-owych batalii, oczywiście zawsze stając po stronie partii aktualnie przewodniej. Szczególnie bulwersuje wyjątkowa łatwość Formeli w przypinaniu najgorszych, „komunistycznych” i „reżimowych” łatek tym, których atakuje. Nasuwa się oczywiste przekonanie widzów, że mają oto do czynienia z osobą o nieposzlakowanej przeszłości, zasłużonym bojownikiem o wolność i demokrację oraz zdeklarowanym antykomunistą.

Czy tak jest rzeczywiście? Formela dysponując bezpłatną gazetką sowicie wspomaganą przez… Grupę Energa, pozostającą pod PiS-owskimi wpływami oraz mając praktycznie nieograniczony dostęp do PiS-owskiej telewizji publicznej jest przekonany, że teraz mu nikt nie „podskoczy” i nie odważy się nawet pomyśleć o próbie zakwestionowania tak wielkiego autorytetu dziennikarskiego i etycznego.

Mimo wszystko, spróbuję. Pracuję w dziennikarstwie znacznie dłużej niż Formela, więc wiem jak zaczęła się i przebiegała jego osobliwa kariera. Co ważne – w przeciwieństwie do dyżurnego harcownika PiS   z legitymacją lewackiej partii nie muszę uciekać się do epitetów, manipulacji i kłamstw, czyli metod tak charakterystycznych dla wszelkiej swołoczy sowieckiej. Zaletą prasy jest bowiem łatwa możliwość sprawdzenia, czy dzisiejsze „autorytety” na takie miano zasługują. Jak mówią Rosjanie: „co wydrukowane, siekierą nie wyrąbiesz”.

Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie, skąd się „toto” wzięło? Odpowiedź jest krótka: z 13 grudnia 1981 roku. Po ogłoszeniu stanu wojennego i tzw. weryfikacji środowisko dziennikarskie Wybrzeża zostało znacznie przetrzebione kadrowo. Pojawiły się zatem wolne etaty. Zapełnili je szybko „janczarowie Jaruzela”, czyli osobnicy gotowi zrobić wszystko, aby przypodobać się władzy i wejść w posiadanie wymarzonej legitymacji prasowej.

Z takiego właśnie zaciągu pochodzi M. Formela. Nad pozostałymi dziennikarskimi pomiotami stanu wojennego miał jednak szczególną przewagę – słabo ukrywaną opiekę ze strony tow. Andrzeja Pierścińskiego, m.in. członka Egzekutywy KW PZPR w Gdańsku, któremu powierzano kierownicze stanowiska w kolejnych redakcjach. Formela szedł za swoim „wujem” (chociaż krążyły opinie, że jest to wuj bez cudzysłowu) jak kundel za panem. Pierściński ląduje w „Wieczorze Wybrzeża”, Formela też. Pierściński zostaje redaktorem naczelnym „Dziennika Bałtyckiego”, Formela jak w banku ma etat tej gazety. A co się stanie, gdy partia powierzy tow. Pierścińskiemu kierowanie „Głosem Wybrzeża”? Jestem przekonany, że czytelnicy bez trudu dopowiedzą resztę.

Łatwość, z jaką działacz SLD i „dziennikarz” w jednym dyskredytuje wykształcenie atakowanych osób, każe przyjrzeć się jego dyplomowi. Otóż jest to absolwent Uniwersytetu Gdańskiego o specjalności… geografia, czyli potencjalny nauczyciel pokazujący dzieciom na globusie jak wielkie połacie Ziemi zajmuje niezwyciężony Związek Radziecki. Stąd zapewne tak silne parcie Formeli do uzyskania statusu pana redaktora. Brzmi zdecydowanie lepiej niż pan od geografii…

I jeszcze jedno. Gdybym już miał porównywać dyplomy M. Struka i M. Formeli, to ze wskazaniem na pierwszego. Powód? Obiektywnie uzasadniony – gdańska AWF w hierarchii uczelni o takim samym profilu sytuowana jest znacznie wyżej niż UG w swoim gronie.

Z Formelą miałem wątpliwą przyjemność spotkać się już na początku jego pracy dziennikarskiej, czyli w 1982 roku. Szybko przeszedł „na ty” mimo, że to ja – choćby z racji wieku – powinienem decydować w tej kwestii. W bezpośrednich kontaktach nie budził zaufania. Z jednej strony „gładka gadka”, z drugiej unikanie wzroku rozmówcy (to zostało mu zresztą do dzisiaj). Moją reporterską czujność wzbudziło szczególne zainteresowanie Formeli tematami, nad którymi aktualnie pracuję. Później zrozumiałem, o co chodziło zaufanemu człowiekowi (czytaj: konfidentowi) tow. Pierścińskiego.

Po ogłoszeniu stanu wojennego i likwidacji Tygodnika Społecznego „Czas”, w którym dotąd pracowałem pozostałem praktycznie bez środków gwarantujących utrzymanie czteroosobowej rodziny. Stąd decyzja o zarobkowaniu w tzw. rezerwie portowej. Zrezygnowałem z niej po kilku miesiącach, gdy żona stanowczo stwierdziła, że ta ciężka, fizyczna robota wymaga lepszego wyżywienia niż zapewnia to 2,5-kilogramowy przydział mięsa na miesiąc, a ona dzieciom od ust nie myśli odejmować.

Doświadczenia z portowej pracy wydały mi się jednak na tyle ciekawe, że postanowiłem utrwalić je w reporterskiej formie. Tekst zatytułowany  „Siedemdziesiąt na godzinę” włożyłem do koperty i wysłałem do Tygodnika „Polityka”. Trzy tygodnie później rozdzwoniły się telefony od znajomych. Najwymowniejszy był od jednego z kolegów dziennikarzy: „Heniek, masz materiał w „Polityce” i to na „trójce” (kolumna przeznaczana na najważniejszy tekst numeru – przyp. H. Jez.). Jak to, k…a załatwiłeś?”.

Niczego nie załatwiałem. Mój reportaż trafił na biurko śp. Zygmunta Szeligi, zastępcy redaktora naczelnego odpowiedzialnego za problematykę ekonomiczną. Spodobał mu się tak bardzo, że od razu puścił tekst do druku. Ukazał się dokładnie 25 września 1982 roku. Później Szeliga zaproponował mi regularną współpracę – z comiesięcznym ryczałtem (istotny dodatek do honorariów)  oraz legitymacją jedynego korespondenta „Polityki” w całej Polsce północnej. Jak łatwo domyślić się, nie odmówiłem.

Aby zrozumieć ówczesną rangę „Polityki” na polskim rynku prasowym trzeba było żyć w tamtej epoce. To tak jakby teraz wprowadzić do polskiej ekstraklasy np. FC Barcelonę. Zupełnie inny wymiar pod każdym względem. Po pierwsze – z półmilionowym, sprzedawanym do zera, nakładem „Polityka” biła na głowę wszystkie inne tytuły opiniotwórcze, po drugie – miała ok. 2 mln czytelników, z których znaczna część to ludzie decydujący o kluczowych dziedzinach życia społecznego i gospodarczego, po trzecie –  uchodziła za nieformalny organ prasowy KC PZPR ze znacznym odchyleniem liberalnym, możliwym dzięki politycznej pozycji jej redaktora naczelnego Mieczysława F. Rakowskiego. Ta teza znalazła zresztą potwierdzenie w czasie, gdy kierował on polskim rządem. Ustawa o działalności gospodarczej przygotowana przez jednego z jego ministrów, Mieczysława Wilczka do dzisiaj uchodzi za niedościgniony wzorzec jasnego, spójnego i przyjaznego przedsiębiorcom, prawa. Nic dziwnego, że dla wielu dziennikarzy życiowym marzeniem było wówczas opublikowanie choćby jednego tekstu w „Polityce”, bo to nobilitowało w środowisku szczególnie.

Dziennikarz z Wybrzeża współpracujący z takim tytułem i pozostający poza wszelką kontrolą wybrzeżowych władz PZPR z oczywistych względów był dla nich solą w oku. Zwłaszcza, że specjalizowałem się w reportażach interwencyjnych, demaskujących poważne afery z udziałem miejscowej „elity”. Warszawiakom interesy lokalnych kacyków partyjnych latały najzwyczajniej koło d…, toteż moje teksty szły praktycznie bez ingerencji, wzbudzając coraz większą wściekłość towarzyszy z KW PZPR w Gdańsku.

To, co nie udało się przy użyciu Formeli miało przynieść efekt kilka lat później – dokładnie wiosną 1987 roku – gdy zgodziłem się na objęcie funkcji kierownika działu ekonomiczno-morskiego w „Głosie Wybrzeża”, kierowanym przez A. Pierścińskiego. Jeden z byłych nomenklaturowych redaktorów z gdańskiego „Domu Prasy” twierdzi, że ten manewr miał na celu uzyskanie większej kontroli nad tym, co robię dla „Polityki”, a w najgorszym wypadku – znaczne osłabienie mojej aktywności dziennikarskiej na rzecz pracy redakcyjnej, której w gazecie codziennej jest po sufit, szczególnie w jednym z najliczniejszych, a przy tym priorytetowych działów.  Jeśli tak rzeczywiście było, to inspiratorzy tej akcji pomylili się bardzo. Moja reporterska aktywność w „Polityce” nie tylko nie osłabła ale wręcz zyskała dodatkowy wymiar dzięki dostępowi do wielu nowych informacji, przechodzących przez moje biurko.

Już w pierwszy dzień pracy zostałem niemile zaskoczony rozmową w cztery oczy z redaktorem naczelnym „Głosu” i zarazem członkiem Egzekutywy KW PZPR. Pierściński potwierdził wprawdzie, że M. Formela jest pracownikiem mojego działu ale pozostaje wyłącznie pod jego kierownictwem i w jego dyspozycji, jeśli chodzi o zlecenia tematów do podjęcia.

Nie bardzo mi pasowała rola malowanego szefa i to wobec dziennikarza o przeciętnych dokonaniach lecz z czasem zaakceptowałem takie rozwiązanie. Wystarczyło dokładnie poczytać teksty Formeli, zwłaszcza te podpisane jako Mak, aby nie mieć wątpliwości, jakie zadania stawia przed nim bezpośredni szef. U mnie taka „twórczość” wylądowałaby w koszu jako nie spełniająca podstawowych standardów warsztatu dziennikarskiego, o etyce nie wspominając.

Dodatkowym plusem szczególnego zaufania, jakim u partyjnego dygnitarza cieszył się Formela było powierzanie mu tzw. obsługi konferencji i innych imprez partyjnych na najwyższym, wojewódzkim  poziomie. Mnie pozostawiono tylko konferencje dotyczące tematyki ekonomicznej lub związane z gospodarką morską. Prawdopodobnie dlatego, że absolwent geografii po UG nie udźwignąłby intelektualnie  takich wyzwań.

Dzięki temu, w archiwalnych wydaniach „Głosu Wybrzeża” można znaleźć setki artykułów i artykulików Formeli przekonujących, że „reżimowi komunistycznemu” służył on o wiele gorliwiej niż, ci których o takie działanie teraz oskarża.

Dla przykładu, drobna próbka formelowej realacji z Plenum KW PZPR w Gdańsku pt. „Wchodzenie na nieprzetarte szlaki”, zamieszczonej – a jakże! – na pierwszej stronie „Głosu Wybrzeża” z 27 kwietnia 1987 roku:
„Było to wspólne poszukiwanie rozwiązań, nowych szans dla budownictwa. I wszyscy towarzysze zdawali sobie sprawę, że ich spotkanie na dotychczasowym trakcie jest niemożliwe…
Na wniosek sekretarza KW, plenum wystosowało pozdrowienia dla ludzi pracy woj. Gdańskiego z okazji majowego święta, zapraszając ich do udziału w obchodach.
Obrady zakończono odśpiewaniem „Międzynarodówki”.”

Albo taki przykład, dowodzący wymownie, że Formeli znana był właściwa hierarchia komunistycznych władz i trzymał się jej z iście bolszewicką konsekwencją: „… W inauguracyjnym posiedzeniu Rady Społeczno-Gospodarczej przy WRN w Gdańsku uczestniczyli m.in.: sekretarz KW PZPR w Gdańsku – Mieczysław Chabowski, wiceprzewodniczący WK SD – Tadeusz Rymszewicz, sekretarz WK ZSL – Zdzisław Buksiński. Obecny był wojewoda gdański – gen. bryg. Mieczysław Cygan”. („Głos Wybrzeża” z 30 kwietnia 1987 roku).

Ktoś dłużej żyjący powie, że takie były realia pracy w gazecie będącej organem komitetu wojewódzkiego jedynie słusznej partii. Niby prawda, lecz akurat Formela dał się poznać jako komunistyczny propagandzista także wówczas, gdy pracował w czytelnikowskim „Dzienniku Bałtyckim”. Oto jaką laurkę wystawił swojemu pisarczykowi tow. Pierściński w 1985 roku:
„Redakcja „Dziennika Bałtyckiego” zaświadcza, że ob. Marek Formela pracujący w niej na etacie redaktora działu od 15 listopada 1983 r. (poprzednio w redakcji „Wieczoru Wybrzeża” jako stażysta) jest dziennikarzem wysoce odpowiedzialnym i zdyscyplinowanym w realizacji zadań ideowo-programowych. Kierowany jest do wykonywania obsług szczególnie ważnych politycznie i społecznie jak obrady instancji partyjnych, rad narodowych, wizyty przedstawicieli najwyższych władz, gości zagranicznych. Z własnej inicjatywy podejmuje tematy ważkie społecznie, wykazując się umiejętnością znalezienia tak właściwej formy jak i słusznej politycznie interpretacji faktów”.

Ba, sam zainteresowany też potrafił zadbać o swój wizerunek zaufanego dziennikarza komunistów. Na dowód fragment jego pisma z marca 1985 roku:
„… O tym, jakim się cieszę zaufaniem w redakcji („Dziennika Bałtyckiego” – przyp. H. Jez.) świadczy chociażby fakt powierzenia mi najbardziej odpowiedzialnych zadań, np. wizyty gen. W. Jaruzelskiego w Trójmieście, wojewódzkiej konferencji sprawozdawczo-wyborczej PZPR, kampanii wyborczej do rad narodowych…”

Po Magdalence status bezpartyjnego bolszewika zaczął Formelę  najwyraźniej uwierać. Trafił do ideowej spadkobierczyni PZPR, szybko wspinając się po kolejnych szczeblach, aż do funkcji przewodniczącego SLD na Wybrzeżu. Gdy go z niej strącono, bezwzględnie wykorzystał dostęp do mediów, wypominając swoim partyjnym towarzyszom niechlubną przeszłość przed 1989 rokiem. Swojej zapewne za taką nie uważał.

Bolszewickie inklinacje to bynajmniej nie jedyna przypadłość Formeli. Dał się bowiem poznać także jako grabarz niemal wszystkiego, czego dotknie (pogrążył m.in. „Głos Wybrzeża” i klub żużlowy „Wybrzeże” Gdańsk) oraz prymitywny geszefciarz. Tę rolę przypieczętował udziałem w znanej aferze „Stella Maris”, narażając Skarb Państwa na poważne straty i wzbogacając swój życiowy „dorobek” o skazanie prawomocnym wyrokiem sądowym.

„Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem, ale kto na starość socjalistą pozostał, ten jest po prostu głupi”. Autorstwo tej sentencji przypisuje się wielu różnym osobom, włącznie z Bismarckiem i Piłsudskim. Na lewicowość chorował w młodości również George Orwell lecz szybko otrząsnął się z tego oczadzenia, a jego książki, zwłaszcza „Folwark zwierzęcy” czy „Rok 1984” skutecznie demaskują prawdziwe przesłanie sowieckiego totalitaryzmu. Dla jego wiernych wyznawców Orwell nie  miał żadnej litości. Taką postawę skwitował krótko: „Once a chore, always a chore”. W dosłownym tłumaczeniu: „Raz kurwa, zawsze kurwa”…

Do biografii Formeli pasuje jak ulał. Pytanie tylko, czy Formela pasuje do roli recenzenta innych osób z wykorzystaniem publicznej telewizji. Nawet jeśli tymi osobami są polityczni przeciwnicy jej aktualnego dysponenta,  czyli J. Kurskiego. Czy telewizyjna kurszczyzna nie przerodzi się z czasem w skur…czyznę. Jeśli tak będzie, to realizatorom tej metody szczerze życzę rychłego rykoszetu.

Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(01.12.2017)