MOJA WOJNA POLSKO – PRUSKA

Jeszcze kilkanaście lat temu wśród dowcipów z cyklu „przychodzi baba do lekarza” sporą popularnością cieszył się poniższy:
„Przychodzi baba do lekarza i już w progu wykonuje charakterystyczny ruch ręką, po czym krzyczy
– Heil Hitler!
– Spoko, proszę pani. To już nie te czasy – odpowiada doktor.
– Czasy nie te, ale pan ciągle ten sam, doktorze Mengele…

Przypomnijmy, że dr Josef Mengele to lekarz i zarazem oficer SS, znany ze swoich eksperymentów medycznych na więźniach obozu Auschwitz-Birkenau. Tam też zyskał przydomek „Anioła Śmierci”. Po wojnie, mimo figurowania na liście zbrodniarzy wojennych sporządzonej przez aliantów, nie trafił pod sąd. Przez kilka lat pod swoim nazwiskiem (!) spokojnie egzystował w amerykańskiej strefie okupacyjnej, następnie wyemigrował do Ameryki Południowej. Co ciekawe, żydowski Mossad w latach 60-ych odkrył miejsce pobytu dr. Mengele w Brazylii lecz nie podjął się jego egzekucji lub – jak w przypadku Adolfa Eichmanna – porwania i przerzucenia do Izraela, a następnie osądzenia i stracenia.

Jest oczywistym , że z chwilą przyspawania Polski do unijnego kołchozu pod światłym przewodnictwem Niemiec, tego rodzaju dowcipy nie tylko straciły na popularności, a wręcz stały się naganne. Wszak Niemcy to teraz nasi najwięksi przyjaciele i promotorzy w UE. A zbrodnie na milionach Polaków? Przecież to nie wina Niemców lecz  „nazistów” lub „faszystów”.

Mam wyjątkową odporność na tego typu narrację propagowaną przez wszelkie lewactwo oraz użytecznych idiotów z dyplomami – a jakże – historyków i tabuny polskojęzycznych mend medialnych. Powód? Prozaiczny. Jestem Polakiem nie z deklaracji lecz z pochodzenia, udokumentowanego od wielu pokoleń w księgach parafialnych kilku katolickich kościołów na Lubelszczyźnie.

Tam też dane mi było poznać okoliczności mordów dokonanych przez niemieckich żołdaków na cywilnej ludności wielu wsi. Mordów, które nie ominęły bezbronnych i w niczym nie zagrażających okupantowi kobiet, dzieci i niemowląt oraz starców. Nad takimi doświadczeniami nie da się przejść do porządku dziennego, a tym bardziej ignorować mądrość ludowych przysłów w rodzaju „Jak świat światem, nigdy nie będzie Niemiec Polakowi bratem”.

Obecna okupacja niemiecka, jakkolwiek nie militarna (przynajmniej na razie) lecz ekonomiczna i propagandowa, tylko utwierdza mnie w przekonaniu o potrzebie zachowania zdrowego, narodowego instynktu. Wzmacnia go dodatkowo pamięć o czynnym udziale mojej rodziny, zwłaszcza braci ś.p. Matki w walce z najeźdźcą. Jeden z nich przypłacił tę walkę życiem, więc tym bardziej czuję się zobowiązany reagować na wszelkie przejawy pomniejszania niemieckich zbrodni bądź relatywizowania czasów, które im towarzyszyły.

Z powyższych względów nie mogłem pozostawić bez reakcji obrazka z podpisem „Freie Stadt Danzig” wiszącego nad biurkiem jednej z funkcjonariuszek KM Policji w Gdańsku, przesłuchującej mnie na okoliczność kolizji drogowej. Przypomnijmy, że polski gród nad Motławą nazwę „Danzig” nosił po raz ostatni jako jedna z najwierniejszych twierdz niemieckiego narodowego socjalizmu i miejsce, gdzie Adolf Hitler witany był najgoręcej w III Rzeszy Niemieckiej. Jeśli dodatkowo zestawić tak zbrodnicze tło z wyjątkową perfidią policjantki usiłującej za wszelką cenę utrudnić mi dostęp do dokumentów sprawy, zwłaszcza zapisu wideo z kolizji, wówczas łatwo zrozumieć targające mną uczucia.

Awantury jednak nie zrobiłem, wyżej ceniąc skuteczność interwencji dziennikarskiej, dającej przy okazji możliwość sprawdzenia jak utrzymywana przez polskich obywateli Policja przestrzega obowiązkowego ślubowania, zaczynającego się od słów: „Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia”. Wydawałoby się, zobowiązanie proste jak konstrukcja cepa.

STANOWISKO POLICJI: SPYCHOTECHNIKA Z NIEPOKOJĄCYM FINAŁEM

Tekst pt. „V KOLUMNA W GDAŃSKIEJ POLICJI?” ukazał się 15 października 2017 roku i widnieje na naszym portalu do dzisiaj, co można sprawdzić klikając w tytułowy link. Ponieważ moja interwencja u bezpośredniego przełożonego wspomnianej funkcjonariuszki skończyła się wzruszeniem ramion tegoż, więc postanowiłem nie poprzestawać na samej publikacji.

25 października 2017 roku wysłałem materiał do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Błaszczaka (od stycznia br. kieruje resortem obrony narodowej) z prośbą o jego uważną lekturę i poinformowanie naszych czytelników o działaniach podjętych w związku z opisaną sprawą. 6 listopada 2017 roku podinsp. Tomasz Bukwa, naczelnik Wydziału Skarg i Wniosków Biura Kontroli Komendy Głównej Policji przesłał moją  korespondencję podinsp. Markowi Laskowskiemu, naczelnikowi Wydziału Kontroli Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Ten nie czekał zbyt długo i rękoma swojego zastępcy, podinsp. Dariusza Zelera już 8 listopada 2017 roku scedował sprawę na komendanta miejskiego Policji w Gdańsku.

Stąd po ponad trzech tygodniach, dokładnie 1 grudnia 2017 roku przyszła odpowiedź, podpisana przez mł. insp. Artura Mędrzyckiego, I zastępcę komendanta miejskiego Policji w Gdańsku. Jej treść pozwalam sobie zacytować w całości i z zachowaniem pełnej wierności wobec oryginału:

      „W odpowiedzi na korespondencję z dnia 25 października 2017 roku otrzymaną za pośrednictwem Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, a dotycząca „kontrowersyjnego wystroju” pomieszczenia służbowego użytkowanego przez funkcjonariuszy Wydziału ds. Przestępstw w Ruchu Drogowym i Wykroczeń Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku informuję, że podjęto czynności wyjaśniające mające na celu zweryfikowanie podanych przez Pana informacji.

      Na podstawie przeprowadzonych czynności wyjaśnianych (prawdopodobnie powinno być: wyjaśniających – przyp. H. Jez.) i analizy zebranego materiału nie potwierdzono naruszenia Zasad etyki zawodowej policjanta stanowiących załącznik do Zarządzenia Nr 805 Komendanta Głównego z dnia 31 grudnia 2003 roku oraz poleceń Komendanta Głównego Policji wydanych w tym zakresie pismem z dnia 20 lutego z dnia 20 lutego 2017 roku.

      Tym niemniej biorąc pod uwagę fakt, iż jednostki organizacyjne Policji są budynkami użyteczności publicznej do których dostęp mają obywatele, a wystrój pomieszczeń służbowych, w szczególności tych w których odbywają się przesłuchania bądź przyjmowane są zgłoszenia, nie powinien wzbudzać dodatkowych negatywnych emocji – podjęto działania zapobiegawcze mające na celu uniknięcie podobnych przypadków w przyszłości.”

Przerażająca lektura. Okazuje się bowiem, że powieszony nad biurkiem funkcjonariuszki polskiej ponoć Policji obrazek z nazwą „Freie Stadt Danzig” nasuwającą jednoznaczne skojarzenia choćby z gdańskim gauleiterem NSDAP Albertem Forsterem, osobiście odpowiedzialnym wymordowanie dziesiątków tysięcy Polaków w Piaśnicy i w obozie Stutthof  to nie żaden skandal i jawnie antypolska demonstracja, a jedynie „kontrowersyjny wystrój”. W dodatku – nawet nie za bardzo kontrowersyjny, bo ujęty przez zastępcę komendanta w cudzysłów.

Funkcjonariuszka miała też zapewne prawo do lansowania niemieckiej nazwy Gdańska, ponieważ – jak podkreślił autor powyższego pisma – nie naruszyła zasad etyki zawodowej policjanta. Jestem święcie przekonany, że powyższe zasady z przyczyn oczywistych nie regulują kwestii np. wielokrotnego używania paralizatora wobec obywatela skutego kajdankami, gwałcenia prostytutki zatrzymanej na ulicy lub  plucia na godło państwowe RP. Czy to znaczy jednak, że wszystkie z wymienionych działań są dopuszczalne i policyjnie etyczne?

Równie oryginalny wydaje się pogląd zastępcy komendanta o wydzieleniu z  policyjnych pomieszczeń służbowych tych, w których odbywają się przesłuchania obywateli i których wystrój nie powinien wzbudzać „dodatkowych negatywnych emocji”. A co z pomieszczeniami pozostałymi, dostępnymi tylko dla policjantów? Czyżby tam można było powiesić nawet portret Hitlera i „heilować” do upadłego?

Deklarowane w piśmie – oczywiście bez jakichkolwiek konkretów – „podjęcie działań zapobiegawczych mających na celu uniknięcie podobnych przypadków w przyszłości” pozostawię bez komentarza. Takich okrągłych, do niczego nie zobowiązujących, obietnic ze strony instytucji państwowych naczytałem się w ponad czterdziestoletniej pracy dziennikarskiej w liczbie przyprawiającej o odruchy wymiotne.

Po zapoznaniu się z ostateczną odpowiedzią na dziennikarską  interwencję mam coraz większe wątpliwości, czy tytułową tezę o V kolumnie w gdańskiej Policji słusznie opatrzyłem znakiem zapytania. Zwłaszcza, że sprawa niespodziewanie wzbogacona została o dalszy, jakże interesujący wątek.

FUNKCJONARIUSZKA ANNA RĄBCA: OD BEZKARNOŚCI DO  BEZCZELNOŚCI

Po raz pierwszy wymieniam w pełnym brzmieniu personalia policjantki promującej nad swoim biurkiem „Freie Stadt Danzig”. Sama bowiem to uczyniła. Podbudowana zapewne stanowiskiem swoich przełożonych postanowiła zgarnąć dodatkowe profity za swój sentyment do Gdańska z czasów gauleitera Forstera i Adolfa Hitlera. W piśmie z 3 lipca 2018 roku zażądała mianowicie przeprosin za „naruszenie dóbr osobistych”  nie tylko w formie wpisu na naszym portalu ale także – co ciekawe – w formie listu do Komendanta Miejskiego policji w Gdańsku oraz zadośćuczynienia w wysokości 10 tysięcy złotych.

Obsługę prawną st. sierż. Anny Rąbcy ma zapewnić niejaki Donat Paliszewski. Przepraszam za określenie ”niejaki” ale w stosunkach międzyludzkich przestrzegam bezwzględnie zasady wzajemności, określonej powiedzeniem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Wspomniany wcześniej staż dziennikarski sprawia, że – mówiąc delikatnie – nie mam najlepszego zdania o prawnikach, zarówno tych z okresu PRL jak i obecnej III/IV RP. Tymczasem D. Paliszewski daje się poznać jako wyjątkowy prostak, w dodatku z poważnymi kompleksami. Trudno inaczej interpretować fakt zaadresowania przesądowego wezwania na moje nazwisko bez użycia przed nim zwyczajowego zwrotu typu „Pan” czy choćby „Obywatel”, przy jednoczesnym – dwukrotnym na jednej stronie – podkreśleniu, że mam do czynienia z ADWOKATEM Donatem Paliszewskim. Skoro tenże osobnik za takiego się podaje, to powinien przynajmniej wiedzieć, w jaki sposób adresują swoje pisma np. sądy.

Nieprzypadkowo tego rodzaju lekceważenie elementarnych zasad grzecznościowych było charakterystyczne dla wszelkiej swołoczy  sowieckiej (z dodatkowym zwracaniem się do pojedynczego obywatela per „wy”), uaktywnionej szczególnie w okresie stanu wojennego i kilku dalszych latach rządów W. Jaruzelskiego). Dobrze byłoby sprawdzić, czy D. Paliszewskiego nie uczono prawa w tamtym okresie. Równie ciekawe jawi się poznanie drogi tegoż do uzyskania statusu adwokata, np. w kontekście ewentualnego epizodu prokuratorskiego, po części wyjaśniającego obcesową formę odnoszenia się do potencjalnie pozwanych, a kiedyś – potencjalnie oskarżonych. Liczę na dociekliwość naszych czytelników w tym względzie.

Uważam, że jeszcze bardziej kompromitująco D. Paliszewski prezentuje się pod względem intelektualnym. Wynajęty przez Annę Rąbcę prawnik oskarżając mnie o przypisanie swojej klientce „demonstrowania lub wykazywania przywiązania do systemu niemieckiego nazizmu” daje dowód braku umiejętności czytania ze zrozumieniem, a w dodatku obraża moją inteligencję i wiedzę historyczną.

Po pierwsze – w swojej publikacji funkcjonariuszce polskiej (co podkreślam raz jeszcze) Policji zarzuciłem demonstrowanie przywiązania nie do systemu lecz do miasta z czasów, gdy ów system  był w nim dominujący i skutecznie – włącznie z mordowaniem przeciwników, zwłaszcza polskiego pochodzenia – wdrażany.

Po drugie – nigdy nie posługuję się pojęciem nazizmu, ponieważ jest to oczywista fałszywka spreparowana na potrzeby tzw. polityki historycznej Niemiec, zaakceptowana przez dobrze wynagrodzonych syjonistów (vide: wielomilionowe powojenne odszkodowania dla Izraela) i usilnie propagowana przez komunistyczną międzynarodówkę oraz użytecznych idiotów, polskich nie wyłączając. Pod pojęciem nazizmu kryje się bowiem narodowy socjalizm, co mogłoby nasunąć „ciemnemu ludowi” oczywiste skojarzenie potwornych zbrodni przeciwko ludzkości z niemiecką wersją komunizmu, odmienną wprawdzie w metodach działania od wersji leninowsko-stalinowskiej lecz nie mniej skuteczną.

Zainteresowanych informuję przy okazji, że NSDAP w pełnym brzmieniu to Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, a jej głównym ideologiem był Żyd Alfred Rosenberg. Jak mówi ludowe porzekadło: „Mądrej głowie dość dwie słowie”

Jeśli D.  Paliszewski posługuje się ewidentną fałszywką „nazistowską” to znaczy, że albo jest niedouczony, albo świadomie działa w interesie niemieckiej propagandy.

Z tym większym przekonaniem w odpowiedzi na postawione żądania  pokazuję mu przysłowiowego wała i z tym większą niecierpliwością czekam na wezwanie do sądu. Sam jestem ciekawy przebiegu mojej prywatnej wojny polsko – pruskiej w realiach suwerennej ponoć  od lat blisko trzydziestu Rzeczypospolitej Polskiej.

Henryk Jezierski
(20.08.2018)